Strona Główna

Finał Mistrzostw Strefy Południowej w Dębskiej Woli- 12.10.2014

Mistrzostwa Polski Strefy Południowej

           Finał. Dębska Wola k. Kielc. 12.10.2014

 

 

 Ostatnie zawody strefy południowej to była wisienka na torcie sezonu.

Sezonu bardzo pokręconego, obarczonego licznymi kontuzjami, zarówno wśród faworytów jak i wyjadaczy od dawna ścigających się na torach południa. Sezonu bardzo kapryśnego jak idzie o pogodę.

Tym razem jednak historia zatoczyła bardzo miłe kółko i ostatnie zawody można śmiało porównać do drugich- z maja (a pierwszych na tym torze w tym roku).

 Prawdę mówiąc to piękniejszego zakończenia sezonu nie można było sobie wymarzyć- pogoda piękna i stabilna, ciepło, tor przygotowany i tym razem należycie polany (brawa dla Organizatora za posłuchanie sugestii uczestników!). Warunki zatem znakomite tylko…. czemu tak mała frekwencja „ścigantów”!

  Zmęczeni czy cross country w Częstochowie ich „ściągnął”?

 

Do listy niewątpliwych zalet tej imprezy koniecznie trzeba jeszcze dorzucić

same wyścigi a dokładniej ich przebieg. Bo czy może być coś piękniejszego w motocrossie niż niezwykłe i nieoczekiwane zmiany liderów oraz zaskakujące scenariusze pisane przez samych jeźdźców w trakcie zawziętej walki i w emocjonujących pojedynkach?

 

A tego właśnie nie brakowało!

 Najwięcej działo się – i to staje się już normą- w klasie juniorskiej ale kto myślał, że u „Masterów” wszystko jest już „poukładane” a karty rozdane ten grubo się mylił.

 Młodzi jechali tak jakby byli wygłodzonymi wilkami rzucającymi się na tor niczym na upragnioną zdobycz. Walka i rozgrywki taktyczne „gorących głów” trwały od pierwszego wirażu aż po ostatni hop na mecie.

Był jednak ktoś, kto zamieszał okrutnie w tym wszystkim.

Samo jego pojawienie się było sensacją. Drugą sensacją była jazda tego człowieka…

   Powrócił bowiem niespodziewanie jeden z najzdolniejszych naszych juniorów i jeden z najpiękniej, „najtechniczniej” jeżdżących.

Karol Sado (MK Czerwionka) - bo o nim oczywiście mowa - wrócił w iście imponującym stylu i był tym „najbardziej głodnym” jazdy, walki i ścigania wilkiem. Jego klasę musiał uznać nawet wyjeżdżony ostatnio i u nas i w Czechach Damian Kojs (MTR Osielec), który wyrasta na coraz lepszego juniora w 125-kach mimo że to jego pierwszy sezon po przesiadce z klasy 85.

Oko trenera Łukasza Wysockiego jak widać robi swoje…

 Ale trening również i wytrzymałość połączona z odpornością, jako że po raz kolejny Damian brał udział w zawodach strefy niemal wprost po przyjeździe z odległych czeskich torów (tym razem były to Mistrzostwa Czech Juniorów w Horazdovicach) a zatem dzień za dniem starty i do tego kilkaset km podróży.

 Tak więc na torze trwała zacięta bitwa o prymat w tej klasie ale i o końcowy triumf w sezonie. A było się o co bić, jako że różnice punktowe pomiędzy pretendentami były bardzo niewielkie- i zarówno Robert Pukowiec jak i Damian Kojs mogli zostać mistrzami strefy. Decydująca rozprawa nastąpić miała właśnie teraz- w Dębskiej Woli…

 

 Do walki w wyścigach włączył się jednak czarny koń nr. 2 (tym pierwszym był Karol Sado) - Sebastian Witkowski z człuchowskiego Poltarexu. (nr. 113).

„Zepsuł” on nieco zabawę Robertowi Pukowcowi, który na pewno chciał być na pudle tych zawodów jako że regularnie osiąga wysokie lokaty.

 

Jak wyrównana była to jazda świadczą wyniki biegów i końcowe lokaty młodych wilków.  Zwycięzcy biegów- Damian Kojs pierwszego i Karol Sado drugiego, po tyle samo punktów (94) zaś trzeci łącznie Witkowski z czwartym Pukowcem- też po tyle samo (zamienili się miejscami w biegach a więc w sumie po 78).  Poziom był więc naprawdę wysoki a dodatkowego smaczku dodawały pojedynki pomiędzy zawodnikami klasy juniorskiej a MX2 i MX1 jako że wszyscy wystąpili we wspólnych biegach z uwagi na frekwencję (co było największym i jedynym minusem tej imprezy). Szczególnie ciekawie wyglądał pojedynek między Michałem Śpiewokiem a Damianem Bykowskim.

Raz jeden a raz drugi jechał szybciej. W dodatku ich wybitnie efektowna jazda (w tym  na całego po bandach!) była ozdobą wyścigów. Błędów i gleb nie ustrzegli się Damian Kojs (on jak zwykle „glebuje” tam gdzie nie widać…) oraz Damian Bykowski, jednak sumarycznie były to drobne wypadki przy pracy.

 

Na koniec sezonu mieliśmy więc prawdziwą wyścigową ucztę wśród juniorów.

 

Wspomniani już Mastersi wcale nie zamierzali zasypiać gruszek w popiołach i ani myśleli o ciepłych fotelach jesienią.

Na torze liczy się bowiem tylko walka, taktyka i mądra jazda ale… jak się okazało z pazurem wcale nie gorszym fizycznie od młodych.

 

 O ile pierwszy wyścig przebiegał „prawidłowo” (czyli prowadził cały czas ten, który miał prowadzić i wygrał- Janusz Śpiewok z MK Czerwionka, a deptali mu po piętach Sebastian Gryga i pod koniec nawet lecący za wszystkimi od startu Walter Stępiński) to bieg drugi rozwalił w drobny pył (tym razem nie był to pył z toru na szczęście) wszelkie wyobrażenia i założenia. Kto by postawił na powtórkę z biegu pierwszego pozbawiłby się sporej kasy a obserwując to co działo się na torze pewnie wyrywałby włosy z głowy bo wielki faworyt- Janusz Śpiewok był na szpicy tylko…na prostej startowej!

 Został bowiem zablokowany na pierwszym wirażu przez Sebastiana Grygę, jadącego z nim ostro „łeb w łeb” (który ma w tym roku chyba szczęście do wywożenia rywali za lub na burtę toru - przypomnijmy Czerwionkę w lato i niezwykłą „kąpiel Zegara w stylu enduro” w wielkiej kałuży po „wywiezieniu” za tor przez S. Grygę właśnie…) w efekcie czego spadł na 3 lokatę ale ku zdumieniu wszystkich- w tym zaskoczonej takim obrotem sprawy Renaty Piętek jako naszej wytrwałej spikerki- spadał coraz dalej aż prawie na koniec bowiem zadusił maszynę…

 Widząc to rywale poczuli przypływ wiatru w żagle i żwawo ruszyli po punkty „pozostawione przez faworyta”.

 

Niestety- nic z tego! Tylko jednemu się udało. Ryszard Augustyn okazał się „lucky winnerem” który zgarnął wygraną. Z tyłu za nim działy się jednak rzeczy niepojęte!

Najpierw już na pierwszym kółku Gryga został „pokarany przez los” i dosięgła go chyba „zemsta Śpiewoka” bowiem na szczycie pagóra (przy wiacie) „przedobrzył ścinę” zakrętu i… upadł!  Tymczasem brak obydwu już faworytów sprawił, że pozostali zawodnicy robili co mogli by ugrać dla siebie jak najwięcej.

 Największą szansę wyczuł Walter Stępiński, który chciał powetować sobie nieudany start w biegu 1- gdy został na nieotwartej bramce i musiał gonić wszystkich- co jednak nie było dla niego pierwszyzną- pokazał on już nie raz jak się nie tylko dogania ekipę wyścigu ale i ją przegania po czym wskakuje na podium!). Cóż jednak robił w tym czasie Janusz Śpiewok?

Swoje! Czyli sukcesywnie doganiał i…zostawiał w tyle kolejnych, pewnych lepszego miejsca rywali.

 Podobnej sztuki próbował dokonać i Gryga- jednak to jeszcze nie ta precyzja jazdy i ta prędkość co u starszego kolegi. Ale kilku rywali zostawił za placami, żeby mogli pooglądać jak wygląda z tyłu jego nowa Suza.

  Koniec końców wygrał Augustyn ale drugi zameldował się Śpiewok co można śmiało uznać za wynik dnia, bo była to fenomenalna pogoń, choć nadpsuła mu nieco „statystykę” (przypomnijmy że w cyklu Top Amator Cup Janusz okazał się zawodnikiem doskonale kompletnym- na wszystkie rundy wszystkie pojechał i…wszystkie wygrał!).

 Sumarycznie wygrał jednak Śpiewok ale drugi w zawodach był Augustyn- co jest niewątpliwie jego sporym sukcesem (początek sezonu w Kowali miał niezbyt udany). Trzecim okazał się „drugi pechowiec biegu nr. 2” czyli Gryga.

Ten im bliżej końca sezonu tym lepsze lokaty zajmował. Czyżby Suzuki była lepsza od Yamachy??? 

O przysłowiowy włos od podium (tyle samo punktów ale 4 miejsce) – Walter Stępiński- regularny wiarus, który mimo wszystko „wyjeździł” ten sezon w całości i okazał się zwycięzcą wśród Mastersów sezonu.

 

 

 W klasie amatorskiej MX2C bez niespodzianek. Tu gracz- wygrywacz był tylko jeden- Grzegorz Nieciąg i on po raz kolejny okazał się „Pacygą” swojej klasy.

Co jechał to wygrał.

Czegóż można chcieć wiecej?

Należy się temu chłopakowi osobny dyplom i nagroda – za największy progres w tym sezonie. A jeszcze niecały rok temu wydawało się, że nie pojeździ – albo tak dobrze albo wcale (problemy z kolanem).

 

Tomka Pacygi nie było tym razem, ale on swoje wcześniej wyjeździł.

Natomiast był Darek Rapacz i po raz kolejny spróbował pojechać w klasie wyższej- z dorosłymi. O ile w Osielcu przedwcześnie zakończył taką samą próbę (guma) to tym razem było już lepiej i po wygraniu swojej klasy w cuglach (dwie pięćdziesiątki punktów) zaliczył nowe szlify wśród „starszaków”.

 

A jak tam nasze piękne panie?

Nie przyjechała Dorota Dudzik- a szkoda, bo „Karolcia”  z trzynastką nie za bardzo miała z kim się ostro pościgać i po prostu pojechała po wygraną.

Wanessa Rapacz była nieco ostrożniejsza po upadku w Petrovicach i wyglądało to tak, że dziewczyny spokojnie, każda swoim stylem jechały do mety.

 

 Zupełnie inaczej było w klasie 85 (oczywiście za placami Darka Rapacza).

Tu dało się wyczuć rywalizację i to miejscami ostrą.

Najbardziej powalczyli ze sobą Konrad Szczepanek i Klaudiusz Górny, który dopiero co wrócił na tory po kontuzji w maju w Petrovicach.

Pecha miał jednak ten drugi- gdyż wraca z dorobkiem punktowym zero…

Jednak jazda obu młodych jeźdźców była miła dla oka.

Namieszał za plecami Darka Rapacza gość z Lublina- Arek Pryk (nr. 503), który wygrał z gościem z Gorzowa- Remigiuszem Rutką.

Nasuwa się jednak jedna myśl po oglądaniu rywalizacji w 85-kach.

MAŁO ZAWODNIKÓW MAMY W TEJ KLASIE NA ZAWODACH!

Kto nie wie co mówię- zapraszam do Czech na którekolwiek konkretniejsze zawody. Tam jest tłum na starcie i starsi są spokojniejsi o kolejne pokolenie zawodników…

 

 Wśród quadowców niespodzianka- faworyt z ostatnich kilku zawodów  - Olek Głowacki- mimo że u siebie- tym razem musiał zadowolić się najniższym stopniem podium. Nie było bowiem w niedzielę sposobu na pokonanie świetnie dysponowanego Witka Natkańca, który zgarnął całą pulę. Choć może i był sposób, ale został niespodziewanie zaprzepaszczony w drugim biegu przez Olka i Maćka Stachurę (kto tam kogo zaczepiał nie wiadomo- to jest jednak sport, rywalizacja, szybkość i akcja), którzy tak zwierali się w walce że… zwarli się na amen i spadli na dalsze miejsca, goniąc stratę.

 

W efekcie dość niespodziewanie drugim quadowcem zawodów okazał się Marcin Nawrot z ATV Racing.

 

Nie można nie wspomnieć o tym co wyprawiał w klasie MX1C Łukasz Trawiński. Po znakomitej jeździe – zgarnął również całą pulę punktów.

Natomiast Michał Rybus dorzucił oprócz mistrzostwa Polski w cross country kolejny tytuł w tym sezonie- został (i to u siebie) mistrzem strefy w MX2. Gratulujemy!

 

Nas najbardziej cieszą wyniki naszych zawodników.

Nie do pokonania byli nasi Mastersi- podium sezonu to Walter Stępiński, Janusz Śpiewok i potem zaprzyjaźniony ale spoza klubu- Sebastian Gryga.

W klasie juniorskiej liczymy na stałą obecność Karola Sado (który w czeskim Meteoryt Cup był długo pierwszy, potem drugi ale ostatecznie przez brak występów w ostatnich 2 zawodach spadł na 4 miejsce w sezonie), ale tymczasem honoru klubu i jego barw godnie starał bronić Robert Pukowiec, który w decydujących zawodach musiał jednak uznać wyższość Damiana Kojsa i zajął w całym sezonie świetne drugie miejsce a biorąc pod uwagę to, że rok temu był trzeci, mamy progres i wiedząc, że między nim a Damianem jest niewielka różnica punktowa liczymy na... zaciętą rywalizację w przyszłym sezonie...

 

 

Podsumowując ostatnią rundę można powiedzieć tylko tyle- BARDZO UDANE ZAWODY, choć ze słabą frekwencją (wiem że nie należy wszystkiego porównywać do Czech ale prawda jest taka, ze jak się mierzy w rozwój i postęp to siłą rzeczy trzeba patrzeć na tych lepszych i bardziej zaawansowanych. W polskim motocrossie jest coraz lepiej ale jest jeszcze sporo do wypracowania.

Na ostatnich zawodach czeskiego cyklu Meteoryt Cup było ponad… 160 zawodników. Mała armia. W Dębskiej Woli- ok. połowy tego.

 A warunki były znakomite!

Drugim tematem podkieleckich zawodów jest kiepska frekwencja widzów. Grzegorz i Michał Rybusowie mogą tylko pozazdrościć takiej widowni jaka jest zawsze np. w Czerwionce, Osielcu czy na torach północnej i środkowej Polski.

 Pamiętajmy jednak, że Kowala i Dębska Wola to młode, nowe jeszcze tory i nie ma aż takiej tradycji organizowania zawodów jaka gdzie indziej od dawna funkcjonuje. Mają jednak tak duży potencjał i takie możliwości, że z powodzeniem można by tu zapraszać i Czechów- o ile się wie jak ich zachęcić i organizować kolejne, coraz wyższej rangi zawody- czego miejscowym Organizatorom serdecznie życzymy, dziękując za tak udane zawody w tym roku.

 

Sędzią zawodów był Dariusz Rapacz, Dyrektorem Grzegorz Rybus a za chronometraż odpowiadał Grzegorz Ostrowski.

 

 

Wszystkim zawodnikom dziękujemy za sezon pełen walki, wyrzeczeń i wysiłku oraz poświęceń osobistych czy zawodowych- wszystko w imię motocrossu.

Osobom organizującym zawody, pomocnikom i wszystkim życzliwym, hojnie wspierającym ten sport jako sponsorzy i ludzie dobrej woli- również WIELKIE DZIĘKUJEMY!

 

Czas na przerwę panie i panowie.

Dbajcie o kondycję, nie zapomnijcie jak się ściga i wróćcie po zimie lepsi, odważniejsi, mądrzejsi i …szybsi!

 

Do zobaczenia wiosną!

 

 

Oprac. Alek Skoczek.

 

Finał Top Amator Cup- Petrovice 4.10.2014

 

Finał Top Amator Cup w Petrovicach

 

Ostatnie zawody to nie tylko pożegnanie z cyklem w tym roku oraz ze znajomymi i czeskimi przyjaciółmi z toru.

To przede wszystkim okazja i ostatni dzwonek na "dobicie" wyniku punktowego - zwłaszcza dla tych, którzy są prawie zwycięzcami ale mają "prześladowców", którzy tylko czekają na ten jeden bieg, który może sprawić, że to oni a nie rywal zostaną uhonorowani pucharem za 1 miejsce...

Pierwsza sobota października okazał się być dniem mało przyjaznym dla wszystkich- ze względu na nienajlepszą pogodę oraz- co nieco dziwne- stan toru, któy po niedawnych opadach deszczu niebyt przypominał to, do czego wszyscy w Petrovicach przywykli. Sporo mokrego błota, piachu i szybko robiące się koleiny sprawiły, że nie poszło wszystkim tak łatwo a same zawody można określić mianem "pogromu faworytów", którzy czy to przez błędy, czy przez wymagania toru czy przez pecha mieli albo przedwczesny koniec albo zamiast prowadzić- musieli gonić rywali.

Na szczęście nie dla wszystkich było tak źle i paru kandydatów tylko "odbiło kartę zwycięzcy" jadąc równo swoje.

Janusz Śpiewok i Radek Janiga potwierdzili swoją dominację w swych klasach weteranów i ponownie wygrali swe biegi, choć tym razem z Januszem równą walkę nawiązali (przez błąd naszego mistrza) miejscami Walter Stępiński i Petr Weis, którzy nawet wyprzedzili "Świetlika", ale ostatecznie nie dali rady sprostać jak zawsze równo i konsekwentnie oraz niemal bezbłędnie jadącemu Januszowi.

 

Niezwykły przebieg miały jednak wyścigi w klasie Elite MX2 i Elite Open. Tu pojawili się nowi rywale dla Grzegorza Nieciąga i Dawida Dudarewicza oraz Libora "Bunkera Petraśa".

Petr Fabiś i Szymon Miśkowiec nie zawsze jadą w tych zawodach ale tym razem poszli na całego i wylądowali na pudle.  Prowadzili przez długi czas w biegu ale ostatecznie jednak wygrał Petraś (który został też mistrzem klasy w Pucharze Moraw).

 

Natomiast to co zrobił Petr Hrbaćek w Elite MX2 będzie raczej zapamiętane - szczególnie przez Grzegorza Nieciąga, który musiał się pogodzić z przerwą w zwycięstwach. Hrbaćek wygrał obydwa biegi i to tak zdecydowanie a nie o pół koła...

 

Pecha miał nieco inny lider- w klasie juniorskiej Damian Kojs zaliczył 2 gleby, w tym jedną "potajemną", zakończoną zjazdem do depa w biegu nr. 1 z uwagi na "ogólnie brudny stan maszyny i człowieka" i stratę miejsca. Damian zniknął więc niespodziewanie z toru w miejscu gdzie nie widać z centralnej częsci toru, czym wprawił w zdziwienie widzów, którzy zdezorientowani nie wiedzieli "co jest grane" i gdzie wcięło Kojsa.

 

Jednak w drugim biegu powetował sobie to niepowodzenie - dojechawszy na 2 miejscu.

 

Tym, który zaskoczył wszystkich był jednak "nieoczekiwany przez nikogo gość specjalny" w osobie "Gaby" Chętnickiego, który podobno tak bardzo chciał gdziekolwiek pojechać w zawodach, że urwał się niemal prosto ze szpitala (ze złamanym po rundzie strefy w Ostrowcu tydzień wcześniej nosem!) bez wiedzy rodziny i nawiał właśnie do Petrovic na nasze zawody.

 

Młody wojownik ani myślał zastanawiać się czy jego nos wytrzyma (a nuż będzie znowu gleba?)  w razie czego i zwyczajowo poszedł jak burza na czele całej stawki.

 Jego jazda była jak ognisty balsam dla zmeczonych już sezonem oczu (zmęczonych i..nieco zapiaszczonych, zakurzonych).

Taki sposób brania wiraży jest dany tylko najodważniejszym i dysponującym najlepszą techniką...

 

Jednak ponieważ był to dość pechowy dzień, więc nie mogło wszystko co super trwać wiecznie.

Tak jak pecha w pierwszym biegu miał Kojs i "przydzielił swoje punkty" rywalom, tak w drugim biegu pecha miał Gaba (złapał gumę) i... nagle zwolnił a potem zjechał z toru ku wielkiemu zaskoczeniu nielicznych w tym dniu widzów (a szkoda!).

Skorzystali na tym wszystkim głównie - i dość nieoczekiwanie- Ondra Togel (2 miejsce) i Radek Machać (zwyciezca całości) choć i ten pierwszy miał problemy. Swoje wygrał w ten sposób i nasz Robert Pukowiec- ostatecznie trzeci.

 

Całkowite wyniki są tutaj:

http://www.gtmotocross.cz/topamater.php?id=26

 

 

Pożegnanie z serialem Top Amator Cup odbyło się przy ponurej, chmurnej i ciężkawej pogodzie, mimo całkowicie (?) innych zapowiedzi synoptyków (albo raczej śmiesznych spikerów radiowych, zapewniających nas o dobrej, przepięknej i słonecznej pogodzie w sobotę i niedzielę).

W tym roku to jednak Czerwionka znowu okazała się lepsza pogodowo ale i frekwencją widzów.

Szkoda, że wielu ludziom nie chce się przyjechac do Petrovic na te zawody. Jest blisko, za darmo, przyjaźnie i są warunki.

 

Na koniec podziękowania i gratulacje dla Organizatorów zawodów- pana Ryszarda Misiarza w Czerwionce i Jindry Hrabicy w Petrovicach oraz ludzi im pomagających- a jest to masa pracy i wysiłku oraz przede wszystkim - CZASU jaki trzeba poświęcić na przygotowanie zawodów!

Podziękowania też dla wszystkich zawodników- za wyrzeczenia, wysiłek, treningi, utrzymanie formy fizycznej i techniki, za obecność i przede wszystkim ZA JAZDĘ, która nam- widzom dostarcza tyle emocji i wrażeń.

 

Do zobaczenia wiosną- oby przynajmnie było nie gorzej niż w tym roku

 

Dziękujemy za sezon 2014!

Dakujeme i... na schledanou!

 

 

 

*********************************************************